Podróż w czasach zarazy

Przed wyjazdem codziennie przez dwa tygodnie sprawdzałam, ile ofiar pochłonął już koronawirus i ilu zarażonych jest w Tajlandii. Obczajone miałam wszystko: gdzie jest najbliższy szpital, kto jest pod obserwacją na Phuket i kim był pierwszy zarażony Taj. Dylemat oczywiście też był: jechać, nie jechać, Tajlandia to w końcu nie Chiny, ale jednak Azja, na Phuket masa chińskich turystów, na pewno są jacyś z Wuhan, no i samolot, wiadomo, wylęgarnia zarazków. Poza tym, sama gorzej się czułam i przesiedziałam przedwyjazdowy weekend w domu, czując się, wypisz wymaluj, jak mieszkaniec Wuhan uwięziony we własnych czterech ścianach z chmurą smogu za oknem i koronawirusem szalejącym we wszystkich internetowych portalach.

Nie będę nikogo namawiać, by jechał do Azji ani przekonywać, żeby nie jechał. To indywidualna decyzja. My pojechaliśmy, zaopatrzeni w maseczki i zapas żelu antybakteryjnego (bo, jak słusznie zauważył ktoś z moich znajomych na FB, w XXI wieku najważniejszą radą lekarzy dotyczącą koronawirusa jest “myj ręce”). W końcu na Phuket jeśli wierzyć lokalnym mediom, obcokrajowcy głównie giną w wypadkach na skuterze/wypadają z balkonów/zostają znalezieni martwi w swoich wakacyjnych apartamentach. Pojechaliśmy i dopiero dzisiaj, po blisko tygodniu, raczyłam spojrzeć na statystyki zachorowań. I to tylko przypadkiem, bo w restauracji, gdzie jedliśmy kolację, leciały akurat wiadomości BBC i zdążyłam przeczytać na belce, że w Chinach zarażonych jest już blisko 60 tysięcy ludzi, a w Wuhan tylko wczoraj zmarły 242 osoby.

No dobra. Powiem wam tak: na Okęciu nikt się żadnym wirusem nie przejmował. Dopiero w airbusie Aeroflotu zrobiło się dziwnie, bo personel, ubrany w mocarstwowe mundurki, nosił maseczki i lateksowe rękawiczki. My maseczki włożyliśmy już w Moskwie, ale wiecie: i tak trzeba je czasem zdjąć, by zjeść, umyć zęby… Poza tym, maseczka daje głównie spokój duszy, bo przed wirusem i tak jest taką sobie ochroną. W każdym razie, o ile początkowo dzielnie siedzieliśmy w owych maskach, o tyle po dziesięciu godzinach lotu… No, nawet pancerne stewardesy w furażerkach je zdejmowały, odsłaniając nienagannie uszminkowane usta.

Po przylocie na lotnisko było to samo: niby część osób z zakrytymi twarzami, ale jak trzeba odstać dwie godziny (nie ubarwiam, nie zniekształcam i nie przesadzam) w kolejce do immigration, to serio się odechciewa. Więc prawie wszyscy, którzy maseczki nosili (a nosiło jakieś 10 procent), w końcu je zdejmowali. Ci, którzy nie zdjęli ich w terminalu, robili to po wyjściu w tajski trzydziestodwustopniowy upał – ja też. Potem już tylko pozostawało mieć nadzieję, że wiozący nas taksówkarz, który trochę kaszle i pociąga nosem, ma zwykłe, niegroźne przeziębienie.

Do czego zmierzam: uważam, że my, ludzie, nie potraktowaliśmy zagrożenia koronawirusem poważnie. Może i z aptek zniknął zapas maseczek (my kupiliśmy bez problemu), ale jak przychodzi do siedzenia w masce przez kilkanaście godzin, to zdrowotny zapał mocno spada. Tutaj, w Tajlandii, niektórzy noszą maseczki, ale jest to może co dwudziesta spotkana osoba. I żadnych specjalnych ostrzeżeń nigdzie nie widziałam. Robimy więc to, co nam pozostało w drugiej dekadzie XXI wieku – mamy nadzieję, że wrócimy zdrowi i myjemy ręce.

img_2490

 

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.