Śnieżka i Karkonosze od świtu do zmierzchu

Dworzec Zachodni, 5.45 rano. Jestem za wcześnie, siadam pod ledwie, ale nadal żywą choinką obok ludzi, którzy w tym przedświcie nie przeglądają już nawet komórek, nie rozmawiają, zamarli i trwają, złożeni tylko z czekania. I tak jak dworzec w Zakopanem jest zaprzeczeniem dworca, tak Dworzec Zachodni to jego środkowoeuropejska kwintesencja: kawa, pre-paidy, gołębie i chiński bar 24/7, ortalionowe torby, dresy, czekanie. O szóstej rano z Dworca Zachodniego pojechać można do Gdyni, Karpacza, Medyki i Radomia, i podoba mi się ten wybór, symboliczne rozstaje z baśni, w której każdy z braci idzie w inną stronę, a najmłodszy znajduje księżniczkę albo złotego ptaka.

Podróż w Karkonosze to nie jest pendolino Warszawa-Kraków i dwie godziny w busie, których można na upartego
nie zauważyć, to nie jest nawet nocny Flixbus, który zmienia podróż w przerywany sen po mapie. To jest siedem godzin z przystankami na siku w Sieradzu, gdzie wiszą obrazki z owieczkami i stoją sztuczne kwiaty, to są sarny za oknem i kręta końcówka drogi z Jeleniej Góry, panorama Karkonoszy w obłędnym świetle zimowego słońca i kawa na Orlenie, zagryziona wegeparówką, które, jak mówi obsługa, „nie schodzą”.

Ruszamy z Orlenu pod świątynię Wang i w tych dwóch nazwach zawiera się wiele z tego, czym jest Karpacz, czym zresztą jest jakikolwiek polski kurort, parówki i świątynie, można to tak ująć. Szłam tędy wiele lat temu, ale pamietam, że wejście jest strome (i jest), mozolimy się z plecakami pod górkę do Wangu, a potem jeszcze trochę dalej, do schroniska Samotnia. Piękne to miejsce i pamiętam, że napisałam o nim kiedyś opowiadanie, nazywało się Rubezahl i było o facecie, który rozwodził się z żoną, przyjechał w góry i wpełzł nocą do stawu, a woda zamknęła się nad nim jak pokrowiec na garniturze. Faceta nigdy nie odnaleziono, a ludzie gadali, że porwał go Liczyrzepa, Duch Gór. Rubezahl.

img_1267

Wchodzimy do schroniska i już od progu dzieje się magia, muzyka z pianina, Amelia w paryskiej kawiarni, gwiazdy nad granią za oknem. Potem Kasia ogrywa mnie w Scrabble, wznosimy toast za zdrowie Ducha Gór i idziemy spać. Niestety, są ludzie, którzy traktują schroniska jak imprezownie i wiecie, ja lubię jak ludzie się cieszą i śmieją, ale jak drą mordy o pierwszej w nocy, to z magii nic nie zostaje. Ja rzadko przeklinam, jestem spokojnym człowiekiem i dużo rozumiem, ale takie coś zwyczajnie bardzo mnie wkurwia. Zwłaszcza, że chcemy wstać na wschód słońca.

Od razu napiszę, że trochę nam nie wychodzi z tym wschodem, bo raz, że za późno wstajemy, a dwa, że gubimy szlak na Śnieżkę. Spytacie, jak można zgubić szlak na Śnieżkę, przecież to łatwizna, prawie że ceprostrada, z Samotni w górę do Strzechy Akademickiej i dalej już prosto. No więc można, jak skręci się za strzałką „wariant zimowy”, który prowadzi przez kosówkę niby na skróty, ale w zasadzie to nie w tę stronę, co trzeba. No i potem wychodzi, że trzeba na przełaj leźć, z powrotem do szlaku, a słońce nie chce poczekać i wschodzi, zanim wdrapiemy się na majestatyczny masyw rysujący się przed nami na różowym już niebie. No trudno. Śnieżka i tak jest ekstra. Wiecie, że w Google góry też mają swoje oceny, tak jak restauracje, a ludzie piszą opinie? „Spoko góra, daję pięć gwiazdek”. Śnieżka ma 4,7, ale to miejsce jak z bajki. Widoki są fenomenalne, po czeskiej stronie rozlewa się ocean chmur, po polskiej – mgły w dolinach, widoczność na kilkadziesiąt kilometrów. Wiatru prawie nie ma. Doprawdy nie wiem, skąd to 4,7.

img_1283

Schodzimy na śniadanie w Śląskim Domu, (jakby ktoś pytał, to kibelek po 3 złote i nie ma, że boli, bo są nawet rozmieniarki do banknotów, a wrzątek płatny 2 zł), a potem lecimy dalej na zachód, bo to właściwie dopiero początek naszej wycieczki. Ruch spory, mijają nas narciarze na biegówkach, dwóch osobników w krótkich spodenkach i jeden topless, bajkowy krajobraz rozlewa się po obu stronach szlaku. Szłam kiedyś tędy, ale nigdy przy takiej pogodzie. Jest nieprawdopodobnie. Mijamy Słonecznik, skały porzucone jak zabawki olbrzymów (ocena w Google: 4,8), skąd widać nawet Ślężę i suniemy na Przelecz Karkonoską. W schronisku Odrodzenie jemy pomidorową. Jest dwunasta, połowa drogi za nami. Wiem, że teraz będzie gorzej, że pewnie najtrudniejszy kawałek przed nami, trzeba podejść pod górkę, pod Czeskie Kamienie i Śmielec. Czekam więc, aż nadejdzie mój ulubieniec KRYZYS, przecież musi się pojawić, za dobrze się znamy, by znikł. Nie ma: idzie się świetnie, plecak jakiś lżejszy, nogi jakieś silniejsze, czyżby limit przygód wyczerpało zgubienie szlaku na Śnieżkę? Jednak zapominam, że idzie ze mną ktoś, kto jest w zimowych górach pierwszy raz, do tego po operacji kolana i kiedy Endomodno gromkim głosem obwieszcza, że za nami 20 kilometrów, pada pytanie, czy daleko jeszcze.

img_1285

Niestety, daleko. Śpimy po czeskiej stronie, w Voseckiej Boudzie, bo na Szrenicy nie było już miejsc. Przed nami jeszcze Wielki Szyszak i Łabski Szczyt, a szlak płata figle: wydaje się, że góra już blisko, że stacja przy Śnieżnych Kotłach tuż tuż, tymczasem mijają kolejne kilometry, a nadal mamy daleko. Kasia sprawdza GPS co trzysta metrów i och, jak bardzo ją rozumiem! Zaczynam więc bajdurzyć, sypię historyjkami jak z rękawa, ile to razy szłam i myślałam, że nie dojdę – raz, by ją podnieść na duchu, dwa, że szybciej czas mija. Śnieżne Kotły, daleko jeszcze? Nie, już widać Szrenicę. Trzy kilometry. To daleko jeszcze? Już blisko, dojdziemy. Dwa kilometry. Godzina maks. Jakiś dym z komina? Nie ma. No to daleko czy nie?

W końcu GPS mówi, że 400 metrów. Siadamy na kamieniu, oglądamy zachód słońca, które kąpie się powoli w bitej śmietanie chmur. Serio, gdyby ktoś malował obrazki z tego dnia, to nie sprzedałby ich za nic w świecie, wszyscy by mówili, że strasznie kiczowate i że w ogóle nie ma takich krajobrazów. Dopijamy herbatę, jest dym z komina, jest nasza buda, gdzie Kasia rzuca się na knedliki z jahodami, a potem obie rzucamy się na łóżka. Tym razem o 22 wszyscy grzecznie idą spać, nikt nie imprezuje i można z lubością zanurzyć się w białej pierzynie. To mój ulubiony moment: bezwładne ciało, przyjemny ból mięśni, wszechogarniająca wdzięczność. Mój drugi ulubiony moment to budzenie się w cieplej pościeli, różowe światło wpadające przez okna, pusty umysł. Myślę, że kiedyś wymyślą taką tabletkę: łykasz i czujesz się jak po 27 kilometrach w zimowych górach, gorącym prysznicu, czosnkowej zupie i nalewce z borówek. Byłby hit.

img_1370

Rano jest znów tak pięknie jak poprzedniego dnia, słońce nieśmiało wstaje zza grani, jest ciepło i cicho. Nie chcę wracać, och, jak nie chcę wracać, mogłabym wędrować kolejny dzień. Schodzimy jednak, to znaczy Kasia zjeżdża wyciągiem ze Szrenicy, a ja schodzę czerwonym szlakiem do Szklarskiej Poręby. Idę i idę, przez Halę Szrenicką i coś mi nie pasuje, byłam tu kiedyś przecież na obozie narciarskim i jeździłam na nartach, trasami Puchatek i Lolobrygida, tu nieoceniony wuefista Pawik w pędzie krzyczał do mnie: „grzaniec!!!” i jechaliśmy na grzańca, choć nie miałam 18 lat, a potem krzyczał „browar!!!” i jechaliśmy na browar (choć nadal nie miałam 18 lat). A teraz nie ma narciarzy, Lolobrygida ledwie powleczona śniegiem, smutno zwisa orczyk Świąteczny Kamień. Co jest? Co tu się stało?

No, powiem wam, co. Katastrofa klimatyczna się stała. Wszystko zamknięte „ze względu na niedostateczne warunki”. Nie ma śniegu. Nie ma śniegu na Loli i dlatego naprawdę musimy zrobić coś dla świata, zanim będzie za późno, choć może już jest za późno, może już nigdy więcej nie przejdę w śniegu tej trasy, bo nie będzie śniegu, będą wrzosy i magnolie w styczniu. I być może chcielibyście teraz jakąś zabawną puentę, coś o wodospadzie Kamieńczyk, spadających kaskach albo ośmiogodzinnej podróży pociągiem TLK Śnieżka, ale tym razem nie będzie puenty, tym razem jest smutno i niech tak zostanie.

 


One thought on “Śnieżka i Karkonosze od świtu do zmierzchu

  1. Naprawdę fajnie się czyta. Chętnie przeczytałbym też opowiadanie które powstało w samotni :). Te rejony zawsze odwiedzam z pewną nostalgią. A śniegu jeszcze czasem trochę jest.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.