Modlitwa do Matki Boskiej Starorobociańskiej

img_2384

Piątek, 23.30. Warszawa zasypia, na przemian stoimy w Uberze na niekończących się światłach Puławskiej i mijamy te wszystkie nieprawdopodobne nazwy: Hollywood Nails, Hamburger z Karaibów, Solarium Saturn. Kto nie wierzy, niech sprawdzi. Flixbus tym razem jest dziwnie pusty, nikt nie wyciąga z kieszeni flaszek, a Radom, Kielce i Kraków są zaledwie wybrzuszeniami na mapie, których istnienie przyjmuję lekkim uniesieniem powiek. Boli mnie biodro i kręgosłup, i zaczynam myśleć, że może jestem już za stara na takie nocne jazdy, wiecie: osiem godzin za biurkiem, osiem w autobusie, a potem ze dwanaście na szlaku. Gosti mowi, że on też jest już chyba za stary, Tomek mówi, że nie spał ani chwili no i tak wytaczamy się z Flixbusa, piękni i młodzi, wytrawni piechurzy, zdobywcy Tatr.

Wytaczamy się w zimny poranek na czymś, co kiedyś było dworcem, a teraz jest zaprzeczeniem dworca i nie mogę powstrzymać się od myśli o obcokrajowcach, o tych wszystkich hiszpańskich Erazmusach, którzy na pytanie „co warto zobaczyć w Polsce?” słyszą „Kraków, Wieliczkę i góry”, i jadą do tego Zakopanego, do tej stolicy polskich Tatr. Wysiadają i myślą w pierwszej chwili, że pomylili kraj i nagle znaleźli się w Gruzji: dworca nie ma, kibla nie ma, kas nie ma, stoją za to jakieś babcie z kartkami, na których napisane mają „NOCLEGI” i jakieś marszrutki, które emitują w świeże górskie powietrze kilotony spalin, i też mają kartki, gdzie wypisano te fantastyczne nazwy: Morskie Oko, Kościelisko, Kasprowy Wierch. Nikt im tylko nie powiedział, że nad Morskie Oko bus nie dojeżdża i że z parkingu mają dziewięć kilometrów na piechtę ani że na ten cały Giewont żadna kolejka nie jeździ.

No ale. Może i kiedyś znikną z powierzchni ziemi wszystkie dworce, ale jedna instytucja będzie wieczna i jest to instytucja babci klozetowej, choćby była to prowizoryczna toaleta na niedworcu. Przez dziesięć minut wiadomych czynności oraz wkładania ciepłych gaci dowiaduję się, jaką babcia pije kawę, co ją boli i co na to pomaga. Instytucją która, jak sądzę, również będzie istnieć zawsze, jest bar FIS, gdzie idziemy zjeść śniadanie i opracować trasę, bo w sumie nie wiemy, gdzie tak właściwie idziemy. Mnie ciągnie na Halę Gąsienicową, ale spanie mamy w Chochołowskiej, więc nie bardzo pasuje (to tak jakbyście nocowali na Bielanach a chcieli z Powiśla podskoczyć najpierw na Wawer), pada więc na niezawodną Kościeliską, a potem to się zobaczy.

img_2349

Dwie godziny później, pod schroniskiem na Hali Ornak robi się warun. Warun taki, że dziesięć na dziesięć. Słońce, minimalny mróz, zero wiatru. Wiadomo więc, że trzeba cisnąć, bo drugiej szansy nie będzie. Ciśniemy żółtym szlakiem na Iwaniacką Przełęcz, a potem podchodzimy pod Ornak. Nie szłam tędy jeszcze, zachwycam się więc śniegiem, drzewami, widokiem Ciemniaka. Pytam Tomka, co rymuje się z Ciemniak, Tomek odpowiada, że ziemniak. Idę, trochę smarkam, Tomek robi mi zdjęcie jak smarkam. Idę, słońce wyłazi zza góry. Wiecie, ja ogólnie lubię marudzić: że mi zimno, że za ciepło, że mi but piętę obciera, że plecak ciężki, że siku się chce, ale ta chwila, kiedy słońce wyłania się zza grani Ornaku, to jest chwila absolutnego szczęścia i radości i endorfiny aż furczą mi w uszach. Ludzi malutko, szlak piękny, nie nudzi się, tu kamyk, tam skałka, śnieżku trochę, w sam raz. No pięknie. Dwanaście na dziesięć. Wyprzedzamy czasówkę, zalew endorfin taki, że po zejściu do Siwej Przełęczy postanawiamy cisnąć dalej, na Starorobociański Wierch. Tu zaczynam się trochę dygać, bo nagle na zegarku czternasta, stromo jak cholera, pod stopami śnieg jak potłuczone szkło. Nikogo za nami, prawie nikogo w zasięgu wzroku. Słońce znów chowa się za grań, zaczynam powtarzać w myślach modlitwę do Matki Boskiej Starorobociańskiej, patronki zuchwałych górołazów. Góro, pozwól nam wejść. Góro, pozwól nam zejść. Bezpiecznie pozwól, Góro. Dygam się dalej i z tego strachu drapię się na szczyt w rekordowym tempie. Spędzamy na wierzchołku jakieś trzy i pół minuty i lecimy w dół, przez wierch, który nazywa się Kończysty, ale wolelibyśmy, by nazywał się Czysty Koń. Zejście stamtąd jest już lepsze, tak mi się przynajmniej wydaje do momentu, aż Tomek nie pada nagle jak długi. To już drugi upadek tego dnia, rano wywinął orła na Ornaku – i to mimo raków (aż nie czuję, że rymuję). Orzeł był taki, że zgniótł termos, rozumiecie, ZGNIÓTŁ TERMOS. No ale gramoli się Tomek, nogi działają, godzina piętnasta, Czysty Koń. Zachód słońca, Trzydniowiański Wierch, szesnasta. W zasięgu wzroku żywej duszy. Doskonała cisza. Absolutna. Nie ma w naszym świecie już takiej ciszy.

img_1181

Robi się zimno. Zmęczenie włazi w nogi, w uda, stopy, pod powieki. Siadamy, pijemy herbatę, jemy twarde jak kamienie batony przy tym dwuosobowym stoliku bez rezerwacji, za to z widokiem na Tatry. Pięć minut, nie więcej. Trzeba w dół. Idziemy, nagle Tomek wywija trzeciego orła (z przewrotką). Leży, niby wszystkim rusza, z jednej strony chce mi się śmiać, z drugiej wyobrażam sobie, jak wzywam TOPR, zresztą zawsze wyobrażam sobie, jak wzywam TOPR, na każdej wycieczce, no wiecie: co im mówię, co oni mnie. Lubię tak, takie mam hobby widocznie, więc wzywam w myślach TOPR, a Tomek wstaje i schodzimy, powolutku, w niebieskim zmierzchu, a potem przy świetle czołówek, w bezksiężycowej nocy z jasną Wenus wiszącą na końcu doliny.

Dla mnie najgorszy moment przychodzi, gdy muszę wejść po schodach do schroniska i wydaje mi się, że nie wejdę, ale wchodzę jakoś, wchodzimy. Dzięki Gostiemu, który dotarł trochę wcześniej, mamy łóżka, więc jest tak jakby luksusowo. Wjeżdża prysznic, szarlotka i malinówka, oglądam zdjęcia i nie wierzę, jak było pięknie na tym szlaku, a po chwili Michał, który jest z nami w pokoju, który też przyjechał Flixbusem i też z Warszawy, i ma za żonę „niskopienną góralkę”, mówi, że dwie osoby zginęły, jedna pod Rysami i jedna na Zadnim Granacie. I to jest zawsze taka chwila, że nie wiem, co powiedzieć, bo wiecie, oni mieli raki i czekany, a zginęli, może przeszli wiele szlaków, więcej ode mnie, i zdobyli wiele szczytów, też pewnie więcej ode mnie, a zginęli i nic nie można z tym zrobić.

Potem Tomek pokazuje mi w telefonie, ile przeszliśmy i jak przebiegała nasza trasa no i okazuje się, że narysowaliśmy takiego jakby penisa.

Jeszcze potem dziewczyna, która jest z nami w pokoju wyciąga zupkę chińską której termin przydatności do spożycia minął w 2017 roku, ale zupki chińskie przecież nie mogą się zepsuć, no więc wyjmuje i mówi, że ma ją z rejsu, podczas którego ropa zalała im cały prowiant i jedyne, co dało się jeść, to czekolada.

Więc tak, tu śmierć, a tu zupka chińska. Żyćko. Coś gadamy, coś pijemy i ja jak zwykle zasypiam w połowie rozmowy, jakby odcięło mi prąd, cyk, wtyczka wyjęta. Jak zwykle w środku nocy budzi mnie chrapanie współlokatorów, wciskam głębiej zatyczki do uszu i śpię dalej, do chwili aż przez okno zaczyna przesączać się szare światło poranka.

Rano po warunie ani śladu, nad górami zalega kożuch mgły, z nieba pada coś w rodzaju śniegu. Idziemy więc sobie spokojnie te osiem kilometrów do wylotu Chochołowskiej, potem marszrutka do Kuźnic i spacer w skondensowanym mleku na Halę Kondratową na rydze z patelni. W schronisku wisi mapa z 1964 roku i napisane na niej jest, że rejon hali to piękne miejsce na zimowe wycieczki, aczkolwiek „nieraz schodzą tu wielkie lawiny”. Gramy w słownego remika, a potem z powrotem w dół, marszrutką na niedworzec, wizyta u babci klozetowej, Szwagropol do Krakowa i niekończący się korek na Zakopiance, bite trzy godziny. Wpadamy na dworzec w Krakowie dziesięć minut przed odjazdem pociągu, który jest długi jak w Indiach i jedzie nim też tyle osób co jechałoby w Indiach, i tak właśnie jedziemy indyjskim pociągiem z Gruzji do Warszawy, a te całe Tatry to chyba mi się co najwyżej śniły.

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.