Najzimniejszy weekend lata

img_0274
– Nie będzie padać – zaklinam rzeczywistość, choć nad Gdynią zbierają się czarne chmury. – Nie będzie – powtarzam uparcie, choć prognoza w telefonie pokazuje 90 procent szansy na deszcz. – Nie będzie – mówię, kiedy pierwsze krople spadają na twarz, a ja wyciągam z bagażnika kalosze, kupione godzinę wcześniej w Decathlonie na dziale “myślistwo i wędkarstwo”, bo te z działu “żeglarstwo” już dawno wyszły. Zakładam na siebie wszystko, co mam najcieplejsze,  w tym skarpetki Tomka i kurtkę, którą miałam na sobie zimą w Tatrach. W odzieniu tym nie prezentuję się jak Wojtek w gumiakach i kufajce tylko dzięki Karolinie, która zrobiła mi na drutach piękną czapkę, dużo piękniejszą niż te sprzedawane w Chałupach za 140 zł. Czapka jest absolutnie hipsterska i surferska. Mogę iść.

Ostatni raz na Openerze byłam dziesięć lat temu i dużo się od tamtego czasu zmieniło. Dziesięć lat temu: a) chodziłam w trampkach, a nie gumiakach, b) toi-toie nie były różowe c) do picia był tylko rozwodniony Heineken, a do jedzenia pizza. No, może zmieniło się jeszcze trochę więcej. Żarcie takie, że jadłabym wszystko z każdego foodtrucka po kolei, można pić wino i aperola, jest gdzie usiąść pod dachem i nawet nie zdążam tego wszystkiego obejrzeć, bo trzeba lecieć na Toma Walkera, a potem na Jorję Smith, a potem w strugach deszczu na frytki. Leje epicko, leje tak, że bez kaloszy bym nie przetrwała, że ktoś, kto postawiłby na festiwalu budę z pelerynami zarobiłby tego wieczora miliony. Temperatura – polarna, co nie przeszkadza niektórym nosić krótkich spodenek, koronkowych bluzek i klapek. Mi, mimo puchówki, jest chwilami zimno, tak że z zazdrością patrzę na parę, która przyszła w snowboardowych kurtkach. Ktoś, kto by tej nocy sprzedawał snowboardowe kurtki, też by zarobił.

Po koncercie Jorji i frytkach chowamy się na chwilę w namiocie Żywca, gdzie przycupnięte na podłodze szesnastolatki z komórkami podpiętymi do powerbanków w kieszeniach niezmordowanie wrzucają stories na Instagrama. Po foliowych ścianach namiotu ściekają wodospady deszczu. Nawet nie chcę myśleć, co przeżywają ludzie, którzy są pod główną sceną. Wracamy pod namiot, na Gretę, strategicznie wybierając miejsce tak, by ludzie osłaniali nas od wiatru. Deszcz już nie pada, on leje się wodospadami, Niagarą się leje i Wiktorią. Pragnę wanny z gorącą wodą i pościeli, mam kryzys za kryzysem. No, ogólnie chcę do domu. Na nogi mnie i Martynę stawia dopiero ramen, jedzony z jednej miski (za to pod dachem) i kiedy idziemy na ostatni koncert, Fisza, to właściwie już nam nic nie przeszkadza, a publiczność buja się tak, że robi się jakby cieplej i jakby w ogóle bardziej swojsko, i w sumie to wcale nie chce nam się wychodzić, zwłaszcza, że nie czekają na nas ciepłe łóżka, a co najwyżej zmoknięta karimata.

Wychodzimy jednak, wychodzimy przez taxi budkę, w której jest sucho i ciepło, a sznureczek taksówek tylko czeka na zmokniętych festiwalowiczów. “Gdzie jechać?” pyta kierowca, ale adres nic mu nie mówi, musi prowadzić nas Google. “Ja z Warszawy przyjechałem” – tłumaczy, choć nasze pole namiotowe jest rzut beretem od bramy lotniska: pięć minut i jesteśmy. Zbieram się na odwagę i idę zobaczyć, czy namiot stoi, czy nie porwała go ta Niagara. No więc stoi i jest suchy, nie na darmo w Decathlonie wylewają na te namioty wiadra wody. Trudno w to uwierzyć, w taksówce miałam ochotę pytać, czy kierowca z Warszawy zna może jakiś suchy hotel w pobliżu, a tu niespodzianka. Dziwnie zasypiać, kiedy deszcz nie bębni nawet w dach, a w poliestrową płachtę, ale zasypiam, by obudzić się w słońcu i obłokach, w wietrze i zimnym powietrzu pachnącym solą i piaskiem. Pukamy w szybę auta Martyny, by zaśpiewać jej “sto lat”, pakujemy majdan, powiększamy nasz zestaw o Beatkę i ruszamy na biwak.

Kierunek: Chałupy. Rozbijamy namiot w tym samym miejscu, co w zeszłym roku, choć pogodzie do zeszłorocznej daleko. Powiem szczerze: jest zimno jak cholera, ale nie chcemy się zniechęcać. Nie zniechęcam się więc, nawet po wdepnięciu w psią kupę. Świeci piękne słońce, wieje aż miło, wtykamy świeczkę w kształcie gwiazdki w ciasto z Lidla i kolejny raz śpiewamy “sto lat”. I choć na prezent najbardziej by się nadała dziś farelka, Martyna z radością przyjmuje od nas plażowy ręcznik i zaproszenie na obiad do Surfmessy. W Surfmessie młodziutka kelnerka nie wie wprawdzie, z czego zrobione jest leczo, ale wie, z czego zrobione są frytki z batata. Jemy, pijemy aperola i jest tak cudownie, jak w zeszłym roku, tylko czterdzieści stopni mniej, ale ludziom to nie przeszkadza, pomykają w japonkach i bluzach Baltica i udają, że tropik.

Następnego dnia leje. Leje tak, że ratuje nas tylko plandeka trzy na trzy, pizza z pizzerii Maksimo i Dixit. Ludzie przyjechali na urodziny Tynki z drugiego końca Polski i mokną. Trzymamy fason, pijemy mirabelkówkę i nawet idziemy na tańce, ale wreszcie miny nam rzedną i od tej chwili historia ta jest historią o planach, oczekiwaniach i decyzjach. W prognozie deszcz i czternaście stopni, w naszej surfingowej szkółce nie ma “naszego” instruktora Dave’a, a jedynym ciepłym miejscem w Chałupach jest czterominutowy prysznic za dwa złote. Zapada więc trudna, ale jedyna w tej sytuacji sensowna decyzja. Odwrót.

Łatwo nie jest. Przez cały rok wrzucałam różne rzeczy do wora z napisem “Chałupy”. “Będzie na biwak”, myślałam, pamiętając o gadżetach, o których nie pamiętałam rok temu. Spakowałam sukienki i nawilżany papier toaletowy. Uparłam się na lipiec, chciałam ciepłych nocy i krótkich dni. Liczyłam na polski Barbados, kupiłam piękną piankę i zrobiłam sobie hybrydę pod kolor pianki. I kicha. Hybryda odpryskuje.

Zwijanie obozu jest zawsze takie smutne. Trzeba zetrzeć z namiotów ptasie gówna, iść do biwakowego waste managera, który pomoże posegregować śmieci, upchać to wszystko w aucie, co nie jest proste, gdy podróżuje się toyotą aygo. Przykro wyjeżdżać z miejsca, gdzie ludzie na pytanie “która godzina”, odpowiadają “nie wiem, telefon mi padł dwa dni temu”. Ale cóż. Nie chcemy moknąć w namiocie, chcemy mieć frajdę i komfort, a nie być więźniami plandeki. Przyjedziemy w sierpniu. Albo kiedy tam będzie cieplej. Albo kiedy przyjedzie Dave. Albo…

Wyjeżdżam w (a jakże) strugach deszczu. Długo szukam na muzyki pasującej do tego, jak się czuję. Znajduję, najpierw Gorillaz. A potem, aż do domu, towarzyszy mi Nick Cave.

img_0335

 

 

 

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.