Świt na Babiej

IMG_5385
Fot. Michał Gostkiewicz, CC BY SA 3.0

Nie bardzo wiem, gdzie zaczyna się ta historia. Mogłaby w kilku miejscach. Mogłaby się zaczynać w kawalerce na Ursynowie, gdzie stwierdzam, że niełatwo spakować się jednocześnie na ślub, spływ kajakowy i górską wyprawę, zwłaszcza, kiedy z powodu remontu mieszka się głównie w pudełkach. Mogłaby się zaczynać w pewnym domu w Rokitnicy, gdzie na stole stoi wszystko, z czego składa się człowiek w czerwcu, czyli bób, czereśnie i ciasto z truskawkami. Albo w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie w wesołym miasteczku można wznieść się windą do nieba, a potem patrzeć, jak na koncercie Natalii Nykiel dziesięciolatki w letnich sukienkach śpiewają „Nie umiem być suką, a ty sypiesz mi piach w oczy”. Mogłaby się zaczynać na weselu w Parznie. Na parkingu w Zawoi. Albo jeszcze gdzieś indziej. Ale myślę, że niech zaczyna się na dworcu w Sosnowcu, dworzec w Sosnowcu to w końcu znakomite miejsce dla wszelkich początków.

Tak więc w poniedziałek rano z dworca w Sosnowcu odbieramy Gostiego, który włączył się w nasze Tour de Pologne, w nasze „Jedziemy w Polskę” i jedzie z nami na spływ kajakowy. Ci, którzy znają historyjkę z zeszłego roku wiedzą, że choć „spływ kajakowy w Sosnowcu” brzmi egzotycznie, nie jest spływem po radioaktywnej rzece pełnej węgla i ścieków z elektrowni, a piękną wyprawą po dzikiej Białej Przemszy, królestwie owadów i bobrów raczej niż ludzi. Choć tym razem nikt nie wpada do wody, atrakcji nie brakuje. Gosti płynie z Patrycym i co chwilę dobiega nas gromkie „Kurrrwa! Do tyłu, stary, do tyłu”, a po chwili „Eeee, w to drugie do tyłu!”. Na kajakarzy czyhają hordy krwiożerczych pająków, niebezpieczne kokony, pnie pełne mrówek i podstępne gałęzie, które chlaszczą nas tak bezlitośnie, że Tomek śmiało mógłby powiedzieć, że rana na szyi to efekt ataku niedźwiedzia. Na mecie natomiast tym razem nie czekają dwie skrzynki piwa, ale może to i dobrze, bo trzeba nam w dalszą drogę. Rok wcześniej tak nam się jakoś zeszło, że w góry ruszaliśmy o 23, tym razem chcielibyśmy ciut wcześniej, zwłaszcza, że Gosti marudzi coś o ciepłym prysznicu, łóżku i strefie komfortu. Ja tam moją strefę komfortu porzuciłam w chwili, gdy woda wlała nam się do kajaka, a do majtek wlazły mrówki, ale niech mu będzie strefa komfortu, proszę bardzo. Oczywiście wszystko nam się przedłuża, bo w końcu miło się siedzi, a pełne brzuchy sprawiają, że jakoś tak przestaje nam się spieszyć, i w końcu stwierdzamy, że zamiast kolacji w schronisku wystarczy nam bułka z Biedronki, a zamiast łóżka – kawałek podłogi.

img_0224
Fot. Michał Gostkiewicz, CC BY SA 3.0

Przełęcz Krowiarki, godzina dwudziesta. Nooo, jest to ciut wcześniej, nie? Przepak strojów weselno-kajakarsko-górskich chwilę nam zajmuje (i jeszcze trzeba nastroić gitarę), ale w końcu jesteśmy gotowi do wymarszu niebieskim szlakiem do schroniska, gdzie załoga zostawia nam wolne łóżka na krótki sen. Plan jest ambitny, bo chcemy wejść na wschód słońca na Babią Górę, co nie udało się rok wcześniej – ani wejście, ani na wschód. Mam więc ten rachunek do wyrównania, tym razem jest jednak łatwiej, bo śnieg i lód odpuściły i stoki Babiej zielenią się młodą trawą i kosówką. W schronisku w Markowych Szczawinach pusto i cicho, a że noc piękna i krótka, to jakoś tak nie chce nam się zebrać na te dwie, może trzy godziny snu. Gwiazd nad nami tyle, jakby ktoś rozpruł nad górami worek z gwiezdną mąką, w chaszczach na pewno kwitnie kwiat paproci, a gdy się zamknie oczy, niemal słychać, jak w powietrzu szeleszczą miotły lecących na sabat czarownic. Jest Soplica i jest gitara, i tym razem to chyba my nie dajemy innym spać… Nie wiem, czy się kłaść (bo wtedy na pewno nie wstanę) czy jednak się nie kłaść (ale wtedy może mi odciąć prąd na podejściu…), zwijam się jednak na chwilę w kłębek na stryszku, po dwóch sekundach zasypiam, a po kolejnych dwóch Tomek mnie budzi. „W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo nie chcesz iść? Osiem czy dziewięć?” – pyta, a ja mrugam i usiłuję jakoś przetłumaczyć sobie tę skomplikowaną matematykę, no bo kto zadaje takie pytania o drugiej w nocy? Obstawiałabym zresztą, że jedenaście, wstaję jednak, pakuję plecak, JEM (to już moje święte przykazanie) i ruszamy w tę kończącą się noc, na Perć Akademików.

img_0108

65515606_414000372537250_5901471053967785984_n

To piękny szlak. W świetle czołówek pod stopami błyszczą białe płatki, jakby jakiś górski Jaś rozsypał je dla Małgosi, by wskazać drogę na szczyt. Powyżej lasu niebo jaśnieje, buła Babiej wyłania się z mroku, nad granią wisi księżyc w kształcie ząbka czosnku. Po drodze jest kilka łańcuchów i drabinka, na której serce może odrobinę przyspiesza, ale idzie się dobrze. Szlak jest osłonięty od wiatru, który rok wcześniej pozbawiał mnie tchu i sprawił, że zawróciłam dwanaście metrów pod wierzchołkiem, tuż pod tą usypaną z kamieni kupą. Jeszcze sto pięćdziesiąt metrów w górę, sto, trzydzieści. Szczyt, a raczej obły pagór Babiej. Jest za dwie czwarta. Pijemy herbatę. Za załomem przycupnięci wędrowcy czekają na świt. Tomek wyciąga z futerału gitarę i zaczynamy jam session, o czwartej rano na Babiej Górze. I ci przycupnięci za załomem i zziębnięci trochę wędrowcy prostują się nagle jak ptaki w gnieździe, rozkładają skrzydła i śpiewają z nami. I słońce wschodzi, różowy plasterek nad pierzynką chmur. Kiedy widzieliście ostatnio wschód słońca? Ja dawno nie widziałam i już kiedy podchodziłam pod szczyt czułam, że za chwilę zacznie się ten euforyczny szał, najlepszy haj na jakim można być, że zaraz poczuję zastrzyk endorfin. I tak, właśnie to się dzieje, kolektywny haj na Babiej Górze, niepohamowany śmiech, wyrzut energii taki, że można by Babią przenosić. Są siły by śpiewać, skakać, tańczyć. Nie wiem, ile to trwa, może i całe życie.

IMG_5426IMG_5428

IMG_5434
Fot. Michał Gostkiewicz, CC BY SA 3.0

Schodzimy, gdy słońce wspina się już dość wysoko na niebo, a szczyt pustoszeje. Nocne marki wracają odespać wędrówkę. Na przełęczy Brona nagle odcina mi prąd, nie tylko zresztą mi: całą czwórką zapadamy w letarg, w przyjemny zgon na ławkach i karimatach. Jest szósta rano, a słońce grzeje, głęboko spać nie dają tylko brzęczące w powietrzu muchy. Gosti mówi na ten stan „empty box” i tak, coś w tym jest, puste pudełko, w którym jest się samemu ze sobą i w którym samemu ze sobą jest dobrze.

IMG_5459
Fot. Michał Gostkiewicz, CC BY SA 3.0

W schronisku jesteśmy o siódmej trzydzieści, w sam raz na śniadanie. Na Babią zaczynają ciagnąć pielgrzymki z dołu, takie, co to chodzą „żółtym, bo łatwiejszy” szlakiem z puszką piwa w ręce. Robi się gorąco, schodzimy więc na Krowiarki, omijając Sokolicę. Upał gęstnieje, sen uparcie wciska się pod powieki, a każde z nas ma jeszcze przed sobą szmat drogi: Korzeń na Halę Krupową, Gosti na Turbacz, a ja i Tomek w Beskid Niski. Wszystko to się jednak jakoś udaje, a droga w Beskid to droga do innego świata: zaraz za Nowym Sączem zaczyna się Toskania, stogi siana na polach i krajobraz łagodnych wzgórz, pośród których czasem rozłoży się wieś. Zatrzymujemy się jeszcze na pstrąga z Łosia i dopiero tam, w klimatyzowanym wnętrzu restauracji czuję, że od wczorajszego poranka może i płynęłam kajakiem, biesiadowałam przy ognisku i właziłam na Babią, ale umyć się nie było kiedy. Na szczęście od pstrągów z Łosia do naszej miejscówki już niedaleko, ledwie 10 km. 10 km w Beskidzie Niskim potrafi być jednak niepewne: kilka razy wjeżdżamy w złą drogę, a bateria w telefonie pada. W końcu, już zwyczajnie, po drogowskazach trafiamy do „naszej” wsi. „Za cerkwią w prawo” mówię Tomkowi, ale cerkwi nie ma. Skręcamy w prawo, widzę dom, mówię „to tutaj”. Tomek pyta, skąd wiem, nigdy tu nie byliśmy. „Poznałam po psie”, odpowiadam.

No, tak właśnie było. Poznałam po psie.

img_0192


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.