Zimowe Tatry

Zaczyna się od tego, że Żabka w Zakopanem jest zamknięta i nie ma gdzie wypić kawy. Ja, jak wiadomo, bez kawy nie funkcjonuję i odmawiam wyjścia w góry, zostaje więc bar FIS, do którego właśnie wtacza się żądna chleba i jajek zawartość porannego pociągu TLK Karpaty. W barze FIS dostaję kawę, a w gratisie ducha przeszłości, którego nie poznaję, może dlatego, że w niczym nie przypomina amanta sprzed lat. Ma ze 20 kilogramów więcej, a pod rękę trzyma pasującą do niego tlenioną Bożenkę. On mnie poznaje od razu: najwyraźniej ja się aż tak bardzo nie zmieniłam.

Niemrawo grzebię widelcem w jajecznicy, Tomek marudzi, że mu zimno. Człowieku, jakie zimno, mówię, za okno spójrz, lampa będzie, na krótki rękawek będziemy chodzić, dwanaście stopni na dole zapowiadali. Jemu zimno. Zaraz, przecież to mi jest zawsze zimno, to ja w ostatniej chwili wyrzuciłam z plecaka puchówkę, obejrzawszy prognozę pogody i teraz zastanawiam się, czy na pewno dobrze zrobiłam. Trudno, myślę, zaczniemy iść, to będzie cieplej, idziemy więc, wychodzimy, wychodzę, nie oglądając się na amanta sprzed lat.

Niemrawo idzie ten poranek: długo jedziemy busem, dłuży się dolina Chochołowska, długo zbieramy się w schronisku w dalszą drogę. Wymyśliłam nam piękną trasę, szkoda tylko, że nie przeczytałam do końca, jak wygląda zimą wejście na Trzydniowiański Wierch od strony Doliny Jarząbczej. A wygląda tak: bajkowy las i śniegu po pas, oprócz nas szlak przecierają tylko lisy i skitourowcy. Nie do końca wiemy, gdzie iść. „A tam tym żlebem pod górkę”, mówi narciarz o alpejskiej opaleniźnie, to idziemy żlebem pod górkę, ale jakaż to górka! Stromo jak cholera, nie wydeptane ani trochę, gubimy szlak całkiem i idziemy na tak zwany rympał.

Zaczynam się denerwować, energia idzie w śnieg, nad nami śmigło TOPR-u jak sekundant nierównego pojedynku z górą. Powiecie, że z jaką górą, z pagórem co najwyżej, ale ja odpowiem wam mądrością, że każdy ma swoją Nangę. Zaklinam w głowie rzeczywistość, bo najbardziej boję się wcale nie o siebie. Było iść na Grzesia, myślę, na Gubałówkę było iść, a nie takie Himalaje, takie Karakorum i Tien Szan sobie urządzać. Ale jest za późno na wycof, trzeba brnąć w tym upale, w tej nieprawdopodobnej pogodzie, żlebem pod górę. Śmigło znowu mruczy, przypominam sobie, jak to było, YMCA trzeba było zatańczyć, Y to pomocy, a wszystko w porządku? Nie wiem, więc nie robię nic. Brnę. Brniemy. Śmigło odlatuje.

Na grani padam wyczerpana, kto tę trasę wymyślił? Trzydniowiański został gdzieś po lewej, idziemy w prawo, na Kończysty. Byłam tu w październiku, skakałam jak kozica po tych wierchach, a teraz ledwie ledwie mam siłę, wykończyło mnie to podejście. Na Kończystym jesteśmy o 15, mieliśmy iść dalej, na Starorobociarski i przez Ornak do schroniska, ale nie wiem, czy dojdę. Wiem za to, że na Ornaku czekają na nas dwa trafione fuksem łóżka. Tomek nie wie. Mówię mu, a potem mówię, że nie mam siły na podejście i że nie chcę schodzić nocą z Siwej Przełęczy. Zawracamy, bardzo próbuję nie płakać, bo przecież jest wciąż pięknie i nie ma znaczenia, gdzie dziś wypadnie nam spać. Dzwonię do schronu, że nie dojdziemy. Słońce zaczyna barwić grań Ornaku na pomarańczowo.

Do Chochołowskiej docieramy tuż przed zmrokiem. Idę pertraktować z panią z recepcji i rozsypane puzzle wracają na swoje miejsce.

-Czary mary – mówię do Tomka po dziesięciu minutach. – Mamy dwa łóżka.

*

Rano przy śniadaniu przecieram oczy, widząc dziewczyny w góralskich spódnicach i narciarskich butach. Przecieram. Nie znikają. Jakiś event się szykuje, coś się będzie dziać. Tym razem wybieramy sprawdzoną trasę na Grzesia i Rakoń, tam się w żadne Himalaje nie wpakujemy. Na Grzesia trochę pielgrzymka, ale trudno się dziwić: pogodowy weekend sezonu, w górę można w krótkim rękawku. Dzisiaj jesteśmy mądrzejsi niż wczoraj, pijemy, jemy, odpoczywamy. W takim wydaniu Rakoń to obła buła z masłem. Z dołu niosą się góralskie pieśni: oczekiwany event nastąpił. Wracając na Grzesiu zastajemy regularną imprezę: śpiewający górale są już w takim stanie, że chcą grać na nartach, a zjeżdżać na skrzypcach. Nie zostajemy jednak długo, bo chcemy zejść i zjeść, i lecieć na Ornak, choć pewnie i tak część trasy wypadnie nam po ciemaku.

I wypada.

I wypada nam żółty szlak, na którym spotykamy tylko jednego wędrowca, który rzuca pod nosem „nocne marki”, a potem mówi, że idzie na Grzesia na biwak. Wypada nam zmierzch na przełęczy, gorąca herbata i masyw Ornaku bielący się w zapadającej ciemności. I noc, księżycowa posrebrzana noc i cienie świerków na śniegu, i Orion w świetlistym pasie ścigający spłoszone Plejady, i Skorpion kąsający go w stopę, i jasny, tak bardzo jasny Syriusz płonący w pysku Psa tuż nad wierzchołkiem Ciemniaka.

I wypada nam spanie na glebie, a konkretnie na owczej skórze, i sen taki, że zapadam w niego pomiędzy jednym toastem a drugim, gdy wszyscy jeszcze piją, rozmawiają i gryzą kabanosy. Gdy ktoś prawi, że „każdy swój szpej nosi”, a ktoś, że wódka się kończy. Zamykam oczy, otwieram, kilkanaście ciał na podłodze śpi i chrapie. Zamykam, otwieram, przez okna sączy się szare światło i to jest jeden z tych poranków, których nie chce się zapomnieć, i o których nie da się opowiedzieć. Tym razem muszę więc tutaj skończyć, bo wiecie, trochę już tych gór było, trochę tras i trochę szczytów, ale tym razem jest po prostu inaczej i tak, tu o poranku na Ornaku, na owczej skórze, jest dzisiaj kropka.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.