Underwater

Co się stanie, jeśli nadmuchasz balon na głębokości 10 metrów pod wodą i wypchniesz go na powierzchnię?

Podwoi swoją objętość. I to samo stanie się z twoimi płucami, jeśli na tej samej głębokości weźmiesz wdech, a potem się wynurzysz.

Pękną.

Nurkowanie to najtrudniejszy sport, jakiego próbowałam do tej pory. Kiedy zapisuję się na kurs, wszystko wydaje się łatwe, choć dręczy mnie mnóstwo pytań: a choroba dekompresyjna? A jak skończy mi się powietrze? Albo poparzy meduza? A jak w ogóle ogarnąć cały ten sprzęt? A…?

Najpierw jest teoria, na której obliczam, o ile zwiększy się objętość nadmuchanego balonu, jak radzić sobie z prądem wstecznym i co zrobić, kiedy nurek po wypłynięciu dziwnie się zachowuje. Materiału jest dużo, chłonę filmy instruktażowe jak gąbka, bo wszystko jest arcyciekawe. Przechodzę z powodzeniem test pływacki i test na umiejetność utrzymania się na powierzchni wody. Zabawa zaczyna się jednak dopiero, kiedy moja instruktorka Kay przynosi sprzęt i zaczynamy ćwiczenia w basenie.

Oddychanie pod wodą jest dziwne. Powietrze z butli jest suche, ma chwilami lekko chemiczny posmak, ale najtrudniej przyzwyczaić mi się do bąbelków. Bąbelki są wszędzie. Chwilę trwa, zanim skumam, co i jak, bo od początku myślę głównie o najważniejszej zasadzie: oddychać. Oddycham i robię, co każe Kay: zanurzanie, zdejmowanie maski pod wodą (traumatyczne na początku, bo ze względu na soczewki nie mogę otwierać oczu), wypadnięcie z ust regulatora, symulacja braku powietrza, komunikacja. Do tego też nie mogę początkowo przywyknąć: do niemówienia. Szybko orientuję się jednak, że kurs ma przede wszystkim nauczyć rozwiązywania problemów POD wodą, bez wynurzania się. Ma nauczyć, jak nie spanikować, kiedy NAPRAWDĘ zabraknie ci powietrza, kiedy NAPRAWDĘ zgubisz maskę albo zepsuje ci się regulator. Albo zaplączesz się w rybacką sieć i musisz zdjąć kamizelkę. Ma nauczyć, jak sobie poradzić w sytuacji awaryjnej.

Uczymy się więc, dopóki skóra na dłoniach nie stanie się pomarszczona jak orzech włoski, a mną nie zaczną wstrząsać dreszcze z zimna. Basen ma tylko trzy metry głębokości, ale po wyjściu na powierzchnię jestem wykończona: nie wiem, czy to na pewno dla mnie i nie wiem, jak to będzie pod „prawdziwą” wodą w oceanie. Kay mówi, że to normalne: strach. Przed głębokością i ciśnieniem wody. Przed obcym jednak dla człowieka światem.

W nocy, mimo zmęczenia, nie mogę spać z ekscytacji i rano stawiam się na zajęcia pierwsza. Kiedy zakładam piankę, trzęsą mi się ręce, ale Kay uspokoja i krok po kroku wyjaśnia, jak będzie wyglądało nasze pierwsze nurkowanie na otwartym morzu. Szykujemy sprzęt i płyniemy: nasza ucząca się czwórka i kilka innych ekip z innych, bardziej zaawansowanych kursów.

Zakładam kamizelkę, dźwigam ważącą 30 kg butlę na plecy. Potem buddy check wg schematu: kamizelka, ciężarki, powietrze, paski, sprzączki i płetwy. Okay? Okay, hop do wody. Ale zaraz zaraz. Nurkowanie to też sporo umiejętności na powierzchni i dla rozluźnienia Kay zaczyna od tego: holowanie osłabionego partnera, zdejmowanie i zakładanie pasa z ciężarkami, radzenie sobie z nagłym skurczem łydki. Okay? Okay, schodzimy pod wodę.

Serce wali mi jak młotem. Nad moją głową zamyka się wodny sufit i oto jestem w innym świecie: świecie niemal bez dźwięku (nie licząc jednostajnego warkotu silnika łodzi) i – przynajmniej jak mi się początkowo wydaje – bez widzialności (widzę tylko bąbelki). Woda leje mi się do maski: wiem, co zrobić, ale nagle myślę, że nie dam rady. Kay pyta: okay? Pokazuję, że jednak „problem”. Mam go nie tylko ja, więc jazda w górę.

⁃ I don’t know if I’m ready for this- mówię i czuję w oczach wilgoć, i nie jest to morska woda.

⁃ You can do it! You’ve got it, girl! – krzyczy Kay, a kiedy się uspokajam, schodzimy pod wodę jeszcze raz.

Powoli, metr po metrze. Okay? Okay, odpowiadam. Metr w dół, wyrównanie ciśnienia w uszach, przełknięcie śliny. Metr w dół. Ściśnięcie nosa, wyrównanie ciśnienia, metr w dół. Ból w uchu, metr w górę, wyrównanie ciśnienia. Metr w dół. O, widzę rybki. Metr w dół. O, rafa koralowa. Ooo, jaka wielka ryba, tam! Metr w dół. Patrzę na komputer, jestem 12 metrów pod wodą.

Żeby nie było za łatwo, Kay znowu nas męczy: to w końcu kurs, ma nas czegoś nauczyć. Zdejmowanie maski. Zakładanie. Utrzymywanie odpowiedniej pozycji, zawiśnięcie nieruchomo w wodzie. Oddychanie z jednej butli razem ze swoim buddym. Na rybki nie ma czasu patrzeć. Na razie skupiam się na tym, żeby oddychać. Najważniejsza zasada nurkowania z butlą brzmi: nigdy, przenigdy nie wstrzymuj oddechu. Nawet jeśli nie masz w buzi regulatora, wypuszczaj bąbelki. Bubble, bubble, bubble – szepcze mi w głowie głos Kay.

Kiedy wynurzamy się na powierzchnię, czuję ulgę, ale też biję sobie brawo. Goddamit, zrobiłam to! Zrobiliśmy to wszyscy!

Odpoczynek na łódce, wymiana butli i drugie nurkowanie. Idzie łatwiej. Zaczynam dostrzegać ten niezwykły wodny świat wokół mnie: czającą się wśród koralowców murenę, kłujące jeżowce, kolorowe butterflyfish. Kolory pod wodą są przygaszone, czerwieni niemal nie widać, wszystko wydaje się większe i bliższe. Po raz pierwszy myślę sobie: wow.

Wracamy do bazy. Po nurkowaniu (a tym bardziej przed kolejnym) nie powinno się latać, pić, palić, ćwiczyć ani iść na masaż. Trzeba odpocząć, pozwolić, by z organizmu uszedł nagromadzony azot. Bo 20 metrów pod wodą wdycha się trzy razy więcej tlenu niż na powierzchni. I trzy razy więcej azotu.

Odpoczywam więc i śpię tym razem jak zabita, a rano nie mogę doczekać się kolejnych nurkowań. Najpierw jednak egzamin teoretyczny: liczenie grupy dekompresyjnej, objawy zatrucia zanieczyszczonym powietrzem, procedura rozłączenia się z buddym. Zdaję śpiewająco, wszyscy pozostali też, pakujemy się więc na łódź i wypływamy. Tym razem idzie gładko: zejście pod wodę na 18 metrów, o, jaka wielka meduza!, „zgubienie” regulatora, ależ niesamowite są te ukwiały! Na koniec ćwiczymy awaryjne wynurzanie się na jednym wydechu i nagle zaczynam żałować, że za chwilę ostatni dive. Wszystkim się wszystko udaje, świętujemy na pokładzie, wznosząc toast herbatą i zagryzając ananasem. Jestem certyfikowanym Open Water Diver.

Kolejnego dnia odpoczywam na plaży, ale wieczorem zaczynam się wiercić na piasku: może zrobić od razu kurs zaawansowany? To tylko dwa dni, myślę. Postanawiam jednak dać sobie więcej luzu i decyduję się na kilka „fun dives” – dla przyjemności, poćwiczenia tego, co już umiem bez zdejmowania tej cholernej maski. I wiecie co? Piękny jest ten podwodny świat.

Nie pękły mi płuca. Ja nie pękłam.

PS. Kurs robiłam w Sairee Cottage na wyspie Koh Tao. Polecam z czystym sercem: nowy sprzęt, fantastyczni instruktorzy, świetne podejście i standardy bezpieczeństwa. Czterodniowy kurs Open Water kosztuje 9800 bahtów, czyli około 300 dolarów, kurs Advanced – 8500, pojedyncze nurkowania – 2000.

Jak macie jakieś pytania, to piszcie.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.