Big wave, very sicky

Mamy szczęście. O piątej trzydzieści rano w biurze podróży Lomprayah czytam na kartce, że dzień wcześniej odwołano oba kursy autobusowe do Chumphon, bo woda zalała drogę i przejechać się nie da. Nasz autobus już jednak czeka, jest piętrowy, dosyć czysty i odjeżdża cztery minuty przed czasem. Mówiłam, że Tajlandia to nie Azja.

Na wyspę Koh Tao jest z Bangkoku pięćset kilometrów i dwie godziny statkiem. Sześć godzin w autobusie mija szybko, bo głowy sennie kiwają nam się na boki – w nocy nie spałyśmy, bo albo było za zimno, albo za gorąco, albo za mało tajskich bokserów w łóżku. Albo jet lag przyszedł z opóźnionym zapłonem. Fakt, że budzimy się tylko na wyjątkowo widowiskowe przejeżdżanie przez zalaną monsunowym deszczem drogę, po czym znów śnimy krótkie sny, uderzając podbródkiem o mostek. I tak do Chumphon.

W Chumphon wieje mokry wiatr i czeka katamaran, czyli taki jakby wodolot, który zapierdala po falach z kosmiczną prędkością. „Big waves”, mówi uśmiechnięta stewardesa i wręcza wszystkim plastikowe torebki chorobowe, „in the back less sicky”, obiecuje. Ale z chwilą, kiedy statek rusza, przesiadamy się na kolejkę górską, na testowy moduł startowy Apollo 11. Cały pokład trzyma się dzielnie, ktoś pogryza chipsy, ktoś opowiada dowcipy, ale w końcu big waves robią swoje i ja też wymiotuję. Rzygam, do tego rzygam na fioletowo, bo jadłam dzisiaj tylko jagodowy jogurt. „Don’t worry” – mówi łagodnie dziewczyna z obsługi, wymieniając mi torebkę na świeżą i podając chusteczkę. „Only about… twenty five minutes!”, pociesza mnie, ale co to za pocieszenie: przecież to kołysanie nigdy się nie skończy, nie wierzę w to ani trochę. Tajka wyciska mi na dłoń trochę kamfory z tubki i każe wąchać, jej kolega zabiera do wora moje fioletowe wymiociny i z uśmiechem sunie dalej po rozkołysanym pokładzie, zbierać kolejne torebki od zarzyganych pasażerów. Bo uwierzcie mi, nie jestem jedyna.

Dopływamy. Zarezerwowałam nam kurs nurkowy, który miał być super, ale okazuje się, że zakwaterowanie, czyli „Thai style bungalow” to syfiasta chatka z zagrzybioną łazienką, w której żadna z nas nie chce zostać na noc. I tak zaczyna się odyseja przez resort Koh Tao: chodzimy, pytamy, zaglądamy do łazienek i w końcu znajdujemy naszą Ogygię. Jest już ciemno, my nadal bez obiadu po rzygliwym rejsie, ale pragnienie znalezienia dachu nad głową jest silniejsze niż potrzeba jedzenia. Kiedy instalujemy się w miłym domku o drewnianym suficie, gdzie działa spłuczka i sejf, możemy się w końcu rozejrzeć.

Koh Tao to kurort jak się patrzy, chociaż jest przed sezonem i niektóre beach bars świecą pustkami. Poza tym wyspa składa się z hotelików, restauracji, salonów masażu i tatuażu oraz jednej drogi i portu. Wieczorami turyści przesiadują na plaży pod kolorowymi lampionami, drinki kupuje się na wiaderka, a happy hours obowiązują całą dobę. Do życia potrzebny jest kostium kąpielowy, spodenki i klapki, ale wyspa tak naprawdę żyje jednym tematem: nurkowaniem. Koh Tao to podobno najlepsze miejsce do uczenia się nurkowania w Tajlandii, o czym przekonałam się na własnej skórze. I wcale nie jest to bułka z masłem. Stay tuned.


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.