Halfeti. Zatopione miasto, czarne róże i kąpiel w Eufracie

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Jedliśmy obiad, gdy nad naszymi głowami przeleciał F-16. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Wojna toczyła się gdzieś za górami. W Halfeti panował błogi spokój. Nie działo się nic. Młodzi chłopcy stali na nabrzeżu i popalali papierosy. Nudzili się, czekając na weekendowych turystów z Gaziantep i Urfy. Oprócz nas jedyną cudzoziemką była mieszkająca w Bursie pół-Rosjanka, pół-Azerka, która przyjechała do Halfeti na schadzkę z tureckim gachem.

Przyjechaliśmy wieczorem. Z dworca w miejscowości o uroczej nazwie Birecik zabrał nas starą ładą stary Turek. Chciał 50 lir. Było już ciemno, łada z wysiłkiem wspinała się zakosami pod górkę. Nie widzieliśmy nic, niebo było czarne i gęste jak smoła.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

W Halfeti powitał nas Mehmet. Powiedział, że “no problem” i pokazał pokój. Łóżko miało kapę w cekiny, w łazience czekały klapki dla gości. W ogrodzie rosły róże. Niestety nie te, z których słynie miasteczko, czarne róże, kwitnące w kwietniu i maju. Ale i tak było pięknie.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Halfeti to właściwie trzy miasteczka. Jedno nowe, jedno stare i jedno zatopione. Woda zalała domy po zbudowaniu tamy na Eufracie, w latach 90., a mieszkańcy musieli przenieść się dalej. Dzisiaj zatopione miasto jest turystyczną atrakcją. Dostać można się tam tylko łodzią.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Popłynęliśmy. Dwa razy. Raz po naszemu i raz po turecku. Po naszemu, czyli małą łódką w towarzystwie sternika, któremu ledwo sypał się pierwszy wąs. Wołaliśmy co chwilę “stop, stop”, żeby robić zdjęcia. Pływa się do zatopionego miasteczka i wokół dawnej twierdzy Rumkale.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
Rumkale (fot. Kuba Głębicki)
Rumkale (fot. Kuba Głębicki)

Drugi raz był po turecku, czyli z wycieczką. Halfeti to popularne miejsce, dobre na randkę, romantyczne. Ale po turecku znaczy dużą łodzią z disco muzą grającą na full. I oczywiście z nieodłącznym selfie stickiem.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Poza tym w Halfeti niewiele jest do roboty. Siedzieliśmy w knajpie, piliśmy piwo. Chciałam się wykąpać w Eufracie. Więc popłynęliśmy. Po biblijnej rzece żółtym rowerem wodnym w kształcie delfina.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Eufrat był jedną z czterech rzek wypływających z Raju. Po wizycie w Halfeti jestem w stanie w to uwierzyć. Bezsprzecznie.

(fot. Kuba Głębicki)
(fot. Kuba Głębicki)

Gdybyście chcieli przyjechać do Halfeti, to trzeba z Urfy lub Gaziantep dojechać najpierw do Bireciku, a potem 40 km busikiem albo autem. Miasteczko jest bardzo małe, parę knajpek, trzy hotele. Spaliśmy w tym i choć nocleg nie był najtańszy (42 euro za dwójkę za noc), śniadanie dostaliśmy królewskie, a hotelik jest naprawdę bardzo miły. A miejsce piękne, choć podobno w letnie weekendy pełno tam Turków jeżdżących na skuterach wodnych. My mieliśmy na szczęście ciszę i spokój.

This slideshow requires JavaScript.

 


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.